Skip to main content

Pani Anna nieśmiało zauważyła, że ma tremę przed odebraniem wyróżnienia Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata 16 marca, które Instytut Jad Waszem przyznał jej dziadkowi Leonowi Jastrząbowi. Ten mieszkaniec Chełma, o którego „wyczynach wojennych” nic nie wiedziała, pomógł mojemu wujowi Emanuelowi Singerowi przeżyć. Sprawił, że przez wiele miesięcy pracował z nim w niemieckich wojskowych warsztatach, udając Polaka.

 

Tadeusz Belerski

 

Nie poznałem osobiście wuja. Dopiero, gdy nawiązał ze mną kontakt mieszkający w Jerozolimie mój kuzyn, a jego syn,  dowiedziałem się o historii jego ojca. A jest ona bardzo bogata. Będąc jeszcze uczniem gimnazjum we Lwowie, w 1920 roku, w wieku 16 lat, zgłosił się na ochotnika do wojska, by walczyć z bolszewikami – tak jak zresztą wielu innych młodych Żydów. Nawet rozkaz generała Kazimierza Sosnkowskiego o internowaniu żydowskich żołnierzy nie zniechęcił ich do zaciągania się do polskiej armii. W sumie odizolowano kilkanaście tysięcy ludzi tylko z powodu ich pochodzenia, w tym także  dawnych legionistów. Nie trwało to na szczęście długo, kilka tygodni. Po interwencji  posłów i środowisk żydowskich, także przedstawicieli społeczeństwa polskiego, w tym między innymi Stefana Żeromskiego, wycofano się z izolowania polskich Żydów.

Po zakończeniu wojny z bolszewikami wuj został członkiem Związku Żydów Uczestników Walk o Niepodległość Polski. We Lwowie prowadził przez szesnaście lat biuro techniczne firmy „Wentyl”, zajmującej się handlem najróżniejszymi częściami do maszyn. W Wojsku Polskim służył w artylerii w randze sierżanta. Nie zajmował się działalnością polityczną, nie był członkiem żadnej partii. Daleki był od ruchu syjonistycznego.

 

Kiedy w 1939 roku Lwów zajęli bolszewicy, Emanuel był poszukiwany przez NKWD. Funkcjonariusze mieli spis wszystkich żydowskich żołnierzy polskiej armii, którzy walczyli z Rosją sowiecką. Jeszcze przed wybuchem drugiej wojny światowej ukazał się album, w którym były ich nazwiska wraz ze zdjęciami. „Na szczęście” wuj był już w niemieckiej niewoli. Jak wielu Żydów został powołany do Wojska Polskiego i brał udział w kampanii wrześniowej 1939 roku. Nie miał sposobności odznaczyć się w bitwie, bo zanim jego jednostka dojechała do linii frontu, została zbombardowana i zamieniła się w rozproszone grupki żołnierzy. Jak pisał we wspomnieniach: Zgubiłem swój oddział i na własną rękę starałem się dostać do Warszawy. Liczyłem, że Warszawa będzie się bronić. Doszedłem z grupą rozbitków do Falenicy. Miasteczko zbombardowane i częściowo spalone. Wiedziałem, że czeka nas niewola. Wobec tego zniszczyłem wszelkie posiadane papiery i znak rozpoznawczy, który ma każdy żołnierz, ażeby nie mogli stwierdzić, że jestem Żydem.  

 

W niemieckiej niewoli Emanuel doświadczył wielu cierpień. Był wprawdzie polskim żołnierzem, ale Żydem. Przebywał w obozie jenieckim Stalag I A w okolicy Królewca, niedaleko miasteczka Stablag. Dzięki swoim cechom charakteru i znajomości języka niemieckiego został szefem 5. Żydowskiej Kompanii. Niemcy podzielili polskich jeńców według narodowości, tworząc oddzielne oddziały. Była więc grupa Polaków, volksdeutschów, Ukraińców, Białorusinów, Żydów. Tych ostatnich obejmowało „specjalne” prawo i odnoszono się do nich inaczej niż do każdej z pozostałych grup. Byli dyskryminowani, atakowani i poniżani. Zabroniono im pracować poza obozem. Napadali na nich volksdeutsche, rabowali mundury i buty. Żydowscy jeńcy szybko stali się obdarci, prawie nadzy i bosi. Ale mimo tego nie poddawali się. Jak pisał o nich Emanuel: Ratowali się dzięki sprytowi i posiadanym umiejętnościom w wielu dziedzinach. Dzięki temu udawało się im przechytrzać Niemców i znajdować żywność w nieoczekiwanych miejscach. Kiedy wzięto ich do pracy poza obozem, udowodnili, że są specjalistami w licznych zawodach. Ich wydajność była o wiele wyższa niż innych nacji. Dlatego niemieccy pracodawcy zaczęli domagać się, by do pracy kierować Żydów. To było niezgodne z nazistowską teorią rasową, według której mieli być narodem nieproduktywnym, który nie chce i nie potrafi pracować. W Stalagu I A znajdowali się też jeńcy z rozmaitych państw: Francuzi, Belgowie, Anglicy. Byli Arabowie i czarnoskórzy.

 

Po pewnym czasie ogłoszono, że niektórzy żydowscy jeńcy będą zwolnieni. Ci, którzy chcieli wrócić do opanowanej przez Niemców części Polski, zostali załadowani do pociągów. Inni, pragnący znaleźć się na ziemiach polskich zajętych przez Rosję sowiecką, zostali w obozie. Szybko dotarły do nich informacje, że po drodze Niemcy zatrzymali pociągi i kazali jeńcom wyjść z wagonów, by popędzić ich w nieznanym kierunku. Zabili ich, a pojedyncze osoby zmusili do pójścia w kierunku granicy rosyjskiej, skąd również padały śmiercionośne strzały. Ocalało niewielu.

 

Mijały miesiące. Niemcy ciągle zwalniali uznanych za niezdolnych do pracy. Prawie wszyscy moi koledzy Polacy, którzy byli mi bardzo w tych ciężkich czasach pomocni, zostali zwolnieni.  Pewnego dnia wypędzono nas wszystkich, wręczono każdemu bochenek chleba, załadowano do pociągu i pociąg ruszył… Ziściły się moje marzenia, widzieć z pociągu pozostający w tyle obóz i oddalać się od niego. Nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy. Wyładowano nas i wpędzono do obozu Stalag II B w Hammerstein na Pomorzu niemieckim (autor miał na myśli Hinterpommern – Pomorze Tylne, obecnie Gdańśie – przyp. red.). Po kilku dniach jechaliśmy znowu w nieznane. Pociąg przekroczył granicę Polski. Wieziono nas w kierunku granicy rosyjskiej. Nadzieja wstąpiła w nasze serca. Dotychczas Niemcy twierdzili, że Rosja nie chce nas przyjąć. Może się coś zmieniło i wrócimy do domu. Płonne były nasze nadzieje. Rzeczywistość miała być jeszcze dużo straszniejsza, aniżeli obóz jeńców w Niemczech. Wyładowano nas na stacji kolejowej Biała Podlaska. Był świt i maszerowaliśmy czwórkami przez miasto do miejsca przeznaczenia. Mieszkańcy zaspani otwierali okna i wołali: „Polacy! Wojsko polskie!”, ale już po chwili stygł ich entuzjazm – poznawali, że to Żydzi… Tak opisywał we wspomnieniach mój wuj początek w nowym miejscu pobytu. Wspominał, że od więźniów dowiedział się, że wszystkich Żydów, których tutaj wcześniej przywieziono, wymordowano. Postanowił więc jak najszybciej stąd uciec. W końcu po różnych perturbacjach znalazł się w Chełmie.

 

Tutaj dzięki Leonowi Jastrząbowi, przypadkowo spotkanemu na ulicy mieszkańcowi, dostał pracę w niemieckich koszarach. Leon Jastrząb po prostu kazał mu zdjąć opaskę z gwiazdą Dawida i zabrał go ze sobą: Jako monter pracowałem razem z  Polakami. Wynagrodzenie było śmiesznie małe. Trzeba było kraść, ażeby żyć. Pracowałem razem z innymi monterami w magazynach żywnościowych wojskowych, gdzie wprowadzaliśmy światło elektryczne. Na obiad dostawaliśmy zupę, oczywiście nie wojskową, lecz gotowaną specjalnie dla robotników Polaków. Zupę tę po dolaniu zwykłej zimnej wody dostawali również Żydzi. Wszystko według porządku niemieckiego, to jest Żydzi gorzej jedli od Polaków. Polacy wprawdzie byli Aryjczykami, lecz niższego gatunku. Żydów do koszar nie wpuszczano, pracowali tylko przy robotach ziemnych koło koszar. Ja z racji swojej pracy wchodziłem do koszar. Przed koszarami zrzucałem opaskę, tak że nie wiedzieli kim jestem.  W koszarach nad każdymi drzwiami były napisy w rodzaju: ,,Nie jest ważne, ażebyśmy żyli, ale jest ważne, abyśmy spełnili nasz obowiązek” lub plakaty na ścianach: „Nie rozmawiaj o sprawach wojskowych – wróg podsłuchuje”, „Nie zbliżaj się do Żydów, oni są roznosicielami wszelkich chorób”. Na plakacie Żyd w bekieszy, po którym łażą duże wszy.

 

Kiedy w 1941 roku Niemcy zaatakowały Rosję, wiele składów pociągów ze sprzętem i wojskiem jechało na wschód. Coraz głośniej było o zwycięstwach armii niemieckiej. Po pracy Emanuel wracał do getta, gdzie mieszkał. Życie stawało się coraz cięższe i straszniejsze. Za przekroczenie granicy miasta groziła kara śmierci. Wielu Żydów chełmskich poniosło w ten sposób śmierć, chcieli zakupić coś w najbliższej wsi i zaraz na granicy miasta byli mordowani. Zdarzały się przypadki, że do miasta wjeżdżał samochód niemiecki i z ulicy zabierano młodych mężczyzn, którzy nigdy nie wracali. Coraz niebezpieczniej było wychodzić z domu. Najlepiej jeszcze było siedzieć w paszczy lwa, to znaczy pracować u Niemców, ale nie u SS-manów. Chodziły też słuchy, że w Sobiborze Niemcy budują kombinat śmierci.

[…]

Fragment tekstu autorstwa Tadeusza Belerskiego pochodzi z marcowego wydania SŁOWA ŻYDOWSKIEGO (03/26).