Skip to main content

Albert Stankowski

 

Ubiegłomiesięczna polemika przewodniczącego Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny w Polsce, Piotra Wiślickiego, z moim tekstem „Skrzynka pamięci czy skrzynka władzy?” (SŻ 04/26) nie zamyka sprawy. Przeciwnie – otwiera ją na nowo. Bo w tej historii nie chodzi już tylko o jedną skrzynkę Archiwum Ringelbluma ani o techniczne warunki jej wypożyczenia. Sedno sporu jest inne: kto dziś decyduje o dostępie do jednego z najważniejszych świadectw Zagłady i na jakiej podstawie to robi.

Piotr Wiślicki przekonuje, że Archiwum jest bezpieczne pod opieką Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny w Polsce. Właśnie dlatego trzeba zapytać, dlaczego wokół relacji SŻIH z państwowym ŻIH i innymi instytucjami publicznymi narosło tyle napięć w sprawie własności zbiorów. Najtrudniejsze pytanie dotyczy samego początku tej własności. SŻIH powstało w 1951 roku. Tymczasem pierwszą część Archiwum Ringelbluma odnaleziono we wrześniu 1946 roku, a więc pięć lat wcześniej. Materiały trafiły do instytucji, z których wyrósł późniejszy Żydowski Instytut Historyczny. To pracownicy ŻIH i jego poprzedników przez dekady zabezpieczali, konserwowali, opisywali i udostępniali te zbiory. Dlatego nie wystarczy dziś powiedzieć: „to nasza własność”. Trzeba pokazać dokumenty potwierdzające kiedy, na jakiej podstawie i w czyim imieniu bezcenne świadectwa stworzone w getcie znalazły się pod kontrolą prywatnoprawnego stowarzyszenia.

Kluczowe znaczenie ma umowa depozytowa z 5 września 2017 roku zawarta między Stowarzyszeniem ŻIH a Żydowskim Instytutem Historycznym im. Emanuela Ringelbluma w Warszawie. Szczególnie istotny jest jej pkt 1.6, zgodnie z którym ŻIH miał do 30 listopada 2017 roku przygotować aktualną listę obiektów, opartą na księgach inwentarzowych i skontrum zbiorów. Dopiero po jej potwierdzeniu przez SŻIH lista miała stać się załącznikiem do umowy, „indywidualizującym w sposób jednoznaczny i ostateczny” obiekty znajdujące się w pieczy Instytutu. Bez tego załącznika nie sposób ustalić, co dokładnie było przedmiotem depozytu, jaka była proweniencja obiektów i na jakiej podstawie uznano je za własność Stowarzyszenia albo własność publiczną. Dlatego trzeba zapytać: czy załącznik rzeczywiście powstał, czy został podpisany przez obie strony i czy może zostać pokazany opinii publicznej? Jeśli nie powstał w terminie, czy kiedykolwiek stał się skuteczną częścią umowy?

Pytanie to jest kluczowe, bo w pkt 5.2 umowy SŻIH oświadcza, że jest właścicielem deponowanych obiektów, a pkt IV preambuły wiąże to oświadczenie właśnie z listą obiektów. Od jej treści zależy więc odpowiedź na pytanie, które zbiory skutecznie przeszły na własność SŻIH, które mogły pozostać w zasobie ŻIH lub jego poprzedników oraz czy oddzielono własność stowarzyszenia od własności publicznej.

Szczególnego wyjaśnienia wymaga samo Archiwum Ringelbluma. Skoro w pkt V umowy wskazano, że obejmuje ono akta archiwalne stanowiące własność Stowarzyszenia, trzeba pokazać podstawę prawną takiego stwierdzenia. Umowa depozytu, zawarta na podstawie art. 835 i następnych Kodeksu cywilnego, sama z siebie nie rozstrzyga przecież kwestii własności.

Osobną sprawą są zagraniczne wypożyczenia. Jeśli jedna z oryginalnych skrzynek Archiwum Ringelbluma od ponad 20 lat znajduje się poza Polską, należy wyjaśnić, na jakiej podstawie prawnej było to możliwe. Ustawa z 23 lipca 2003 roku o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami stanowi w art. 53 ust. 2, że pozwolenie na jednorazowy czasowy wywóz zabytku za granicę nie może być ważne dłużej niż 3 lata od dnia jego wydania. Trzeba więc zapytać, czy wydawano kolejne pozwolenia, kto je wydawał i czy każdorazowo oceniano stan zachowania obiektu oraz warunki jego przechowywania, transportu i ekspozycji. Szczególnie trudno pogodzić tak długie wypożyczenie zagraniczne z obawami wobec możliwości pokazania skrzynki w Polsce, w Muzeum Getta Warszawskiego.

Od odpowiedzi na te pytania zależy, czy mówimy o jasnej sukcesji prawnej, czy o sytuacji, w której prywatnoprawna organizacja sprawuje dziś kontrolę nad dziedzictwem powstałym i zabezpieczonym poza jej pierwotnym mandatem. Archiwum Ringelbluma nie jest zwykłą kolekcją. Nie jest też aktywem, którym można zarządzać tak, jak zarządza się majątkiem organizacji. To testament napisany w getcie przez ludzi, którzy wiedzieli, że mogą nie przeżyć, ale chcieli, by przeżyła prawda.

Ludzie z Oneg Szabat nie pisali dla jednego stowarzyszenia. Pisali dla świata, dla historii, dla przyszłych pokoleń. Dlatego każda decyzja dotycząca dostępu do tych obiektów musi być oceniana nie tylko przez pryzmat prawa własności, lecz także przez pryzmat odpowiedzialności publicznej i moralnej. Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, w czyim imieniu i na jakich zasadach SŻIH trzyma klucz do tego testamentu – szczególnie, że podobieństwo nazw obu instytucji utrudnia ich rozróżnienie nawet w naszym środowisku. Chodzi o dokumenty dotyczące budynku, zbiorów, sukcesji prawnej, wypożyczeń zagranicznych i umów z państwowym ŻIH. Bez ich pokazania każda odpowiedź będzie brzmiała jak prośba o zaufanie. A przy Archiwum Ringelbluma samo zaufanie już nie wystarcza. Testamentu getta nie wolno zamykać w sejfie bez odpowiedzi na pytanie, kto trzyma klucz i czy czyni to naprawdę w imieniu tych, którzy ten testament stworzyli: naszych przodków, polskich Żydów, zamordowanych i Ocalałych oraz pokoleń polskich Żydów, którzy po wojnie pozostali tutaj i próbowali ocalić pamięć, instytucje oraz ciągłość życia żydowskiego w Polsce.

[…]

 

Tekst autorstwa Alberta Stankowskiego pochodzi z czerwcowego wydania SŁOWA ŻYDOWSKIEGO (06/26).