Bardzo długo nie pytałam Taty o jego wojenne doświadczenia, a świadomość żydowskiej tożsamości dochodziła do mnie stopniowo. Mój ojciec pozostawił po sobie ogromną ilość papierów, gdzie obok prozaicznych notatek, zapisywał często różne złote myśli. Porządkując je, czuję ciężar odpowiedzialności – mówi Joanna Turska, flecistka i córka Mariana Turskiego. 26 czerwca Marian Turski – dziennikarz i współpomysłodawca Muzeum POLIN – obchodziłby swoje 100. urodziny.
Rozmawia: Nina Nowakowska
Bardzo się cieszę, że udało nam się spotkać. Przez telefon wspomniała pani, że jest bardzo zajęta porządkowaniem dokumentów po ojcu…
Rzeczywiście, Tata pozostawił po sobie ogromną ilość papierów. Był wspaniale zorganizowany w głowie, ale w sensie fizycznym… Zbierał wszystkie możliwe papiery i książki. Nic nie wyrzucał. Z mieszkania rodziców wynieśliśmy kilkanaście tysięcy książek. Pozostawił po sobie najróżniejsze zapiski – rozmaite programy, listy spraw do załatwienia, gdzie obok prozaicznych notatek zapisywał różne swoje przemyślenia. To są bardzo trudne decyzje: co wyrzucić, a co zostawić, jak to uporządkować.
Czy zagłębiając się w rzeczach ojca dowiedziała się pani o nim czegoś nowego lub poznała go z nieco innej strony?
Raczej nie. Z Tatą łączyła nas ogromna więź – dobrze się znaliśmy i rozumieliśmy. Porządkując papiery i dokumenty po nim, czuję ciężar odpowiedzialności. Chcę to robić i wiem, że powinnam to zrobić.
Mówi pani o bliskiej relacji z ojcem. Czy ojciec dzielił się z panią swoimi wspomnieniami z okresu Zagłady, czy był to w domu temat tabu?
Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem, w ogóle o tym nie opowiadał. Choć przez wiele lat był to temat, o którym absolutnie się nie rozmawiało, nie chodziło o tabu. Ja po prostu nie pytałam. Muszę przyznać, że przez wiele lat kompletnie się tym nie interesowałam. Czasem żartuję, że we wczesnej młodości interesowałam się tylko muzyką i chłopakami. Informacje o przeszłości moich rodziców zaczęły do mnie docierać dużo później. Co prawda od dziecka wiedziałam, że Tata był w obozach, ale w szkole uczyliśmy się, że był to los, który spotkał wielu Polaków – nie łączyłam więc tego faktu z jego żydowskim pochodzeniem.
A czy żydowskie pochodzenie rodziców w jakiś sposób objawiało się w państwa domu?
W domu absolutnie nie, natomiast kiedy przychodziłam do babci, zawsze leżało u niej „Słowo Żydowskie” oraz inne gazety w jidysz. Pamiętam, że babcia robiła również doskonałą wątróbkę po żydowsku, która bardzo mi smakowała. Jednak mimo tych akcentów, kompletnie nie łączyłam faktów. Dziś trudno mi to ocenić, ale być może domyślałam się pewnych rzeczy. W dzieciństwie na pewno zdawałam sobie sprawę z jednej różnicy, która dzieliła mnie od pozostałych dzieci: one chodziły do kościoła, o czym często opowiadały w poniedziałek, a ja nie. W tym sensie czułam, że jestem inna. Ta wiedza i świadomość doszły do mnie dużo później.
W jakim momencie zrozumiała więc pani, że jest Żydówką?
Szczerze mówiąc – nie wiem, czy był taki jeden moment. Być może rodzice mówili mi pewne rzeczy, ale z jakichś powodów one do mnie nie docierały, nie interesowały mnie lub je odrzucałam. Po latach mam wrażenie, że rodzice myśleli, że wiem więcej, niż faktycznie wiedziałam. Choć nigdy nie próbowałam szukać żadnych ukrytych rzeczy, kiedyś przypadkowo natknęłam się na dokument mojej Mamy, na którym widniało inne nazwisko. Zaintrygowało mnie to – pomyślałam, że „coś jest nie tak”.
Pamiętam również, że na samym początku studiów muzycznych otrzymałam zaproszenie na koncerty do Francji. Mieszkała tam akurat rodzina mojej Mamy. Rodzice wymyślili, że po tygodniu koncertów spędzę tydzień u krewnych i tak się stało. Z perspektywy czasu dotarło do mnie, że oni byli zdziwieni tym, że ja niewiele wiedziałam o historii naszej rodziny. Nie umiem zatem wskazać jednego, kluczowego momentu – to musiało dochodzić do mnie stopniowo. Nasz dom był też absolutnie niereligijny.
Oboje pani rodzice ocaleli z Zagłady. Czy te doświadczenia pozostawiły jakiś ślad w ich codzienności?
Były one widoczne szczególnie u Taty – nie dopuszczał bowiem możliwości, aby zmarnował się choćby kawałeczek jedzenia. U nas w domu nigdy nie wyrzucało się chleba. Rzadko jedliśmy również świeży chleb, zawsze lubiliśmy stare, cienko pokrojone pieczywo. Jeśli zdarzyło się, że chleb zdążył już troszkę spleśnieć, Tata zeskrobywał pleśń z kromki i ją zjadał. A mnie do dziś smakują sucharki.
Jakim ojcem był pan Marian Turski?
Był absolutnie fantastycznym Tatą. Były takie czasy, w których był bardzo zajęty, często wyjeżdżał. Moja mama również dużo pracowała. Była znanym operatorem dźwięku w filmie i w Polskiej Kronice Filmowej; dużo wyjeżdżała, a nawet bez wyjazdów miała bardzo nieregularny tryb pracy. Więc nie było u nas w domu codziennej rutyny. Mimo wszystko uważam, że oboje byli naprawdę wspaniałymi rodzicami.
Byłam jedynaczką. Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że rodzice bardzo uważali, abym nie była rozpieszczona. Śmieję się, że zaczęli mnie rozpieszczać dopiero, gdy miałam 20 lat, studiowałam i miałam na swoim koncie pierwsze sukcesy. Muzyka była zresztą moją wielką pasją.
Nie myślała pani nigdy, aby pójść w ślady ojca i spróbować swoich sił w pisaniu?
Absolutnie nie. Nie lubiłam pisać, to była dla mnie istna katorga, dużo bardziej wolałam natomiast matematykę. Na początku miałam zamiar pójść w ślady Mamy i zostać operatorem dźwięku, ale później, w szkole, zaczęłam grać na flecie i zakochałam się w tym instrumencie. Myślę też, że przez wzgląd na skomplikowane czasy, rodzice nigdy nie zachęcali mnie, abym poszła na dziennikarstwo czy jakiś pokrewny kierunek studiów.
Pani ojciec przez wiele lat był związany z poprzednim systemem. Co doprowadziło u niego do zmiany przekonań?
Z biegiem lat do Taty zaczęło dochodzić, że pewne rzeczy nie działają tak, jak powinny. Kiedy pojawiła się „Solidarność” – do której należała zresztą moja Mama – Tata miał tam bardzo wielu przyjaciół. Długo wierzył jednak, że pewne rzeczy należy próbować zmieniać w ramach istniejącego systemu.
Czy po latach żałował swoich ideowych wyborów?
Nie jestem pewna, czy „żałować” to dobre słowo. Trzeba najpierw zrozumieć myślenie osób z tego pokolenia i obarczonych takim bagażem doświadczeń. Z perspektywy czasu zrozumiał, że ten system nie mógł dobrze działać. Tata będąc jeszcze w getcie należał do lewicowej organizacji; chcieli budować nowy sprawiedliwy świat i wierzyli, że socjalizm może go zapewnić.
Mowa pani ojca wygłoszona w 75. rocznicę wyzwolenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz-Birkenau – i zawarte w niej słynne „jedenaste przykazanie: nie bądź obojętny” – wzbudziły poruszenie na całym świecie. Jaka historia stoi za tymi słowami?
Jedenaste przykazanie jako pierwszy sformułował wielki przyjaciel Taty, Roman Kent. Wypowiedział je pięć lat wcześniej, ale jego przekaz nie wybrzmiał tak szeroko.
[…]
Fragment wywiadu autorstwa Niny Nowakowskiej pochodzi z czerwcowego wydania SŁOWA ŻYDOWSKIEGO (06/26).



