… z Małgorzatą Zajączkowską.
Rozmawia: Rafał Dajbor
Jest Pani jedną z bardzo niewielu polskich aktorek, które naprawdę, a do tego nie tylko w rolach epizodycznych zaistniały w Hollywood. Jak zaczęła się amerykańska część Pani kariery?
Zaczęła się od tego, że Agnieszka Holland poleciła mnie Paulowi Mazursky’emu. Byłam już wówczas w Stanach Zjednoczonych, w siódmym miesiącu ciąży. Muszę tu powiedzieć, że znalazłam się za granicą, we Francji, bo kilka dni po moim przyjeździe do Paryża rozpoczął się w Polsce stan wojenny i nie miałam jak wrócić. Do USA wyjechałam za miłością i w ogóle przez myśl by mi wcześniej nie przeszło, że będę za oceanem pracować jako aktorka. Tymczasem Agnieszka, której film „Gorzkie żniwa” chwilę wcześniej zyskał nominację do Oscara, jadła obiad z Paulem Mazurskym i on powiedział jej, że robi właśnie film według Isaaca Baszewisa Singera „Wrogowie. Historia miłości”. Książka ta nie była wtedy dostępna w języku polskim, ale Agnieszka znająca angielski i niebywale oczytana, znała ją z wersji angielskiej. Powiedziała Paulowi, że ma dla niego do jednej z głównych ról dziewczynę, z którą pracowała w Polsce. Zadzwoniła do mnie, bym wysłała na podany adres (w tamtych czasach, pod koniec lat 80., oczywiście jeszcze pocztowy, a nie mailowy) swoje zdjęcia i CV. Odpowiedziałam jej, że jestem w siódmym miesiącu ciąży, nikt mnie teraz nie zatrudni, więc chyba nie ma to sensu. Agnieszka powiedziała mi wtedy: „Kup sobie tę książkę, przeczytaj i zdecyduj”. Kiedy przeczytałam, to zupełnie zwariowałam z zachwytu i natychmiast wysłałam swoje dokumenty pod wskazany adres. Po czym zapadła cisza. Pomyślałam: „Nic z tego”. Mój syn miał trzy tygodnie, gdy zadzwonili do mnie z zaproszeniem na zdjęcia próbne. I tak to się wszystko zaczęło. To Paul Mazursky skierował mnie do bardzo dobrej agencji, która znakomicie się mną opiekowała. W filmie Paula mam taką brawurową scenę z Anjelicą Huston, w której ona wchodzi, a ja myślę, że ona nie żyje i traktuję ją jak ducha. Przyszło potem do mnie mnóstwo propozycji ról z podobnymi scenami, chciałam je wszystkie brać, głodna grania i szczęśliwa, że pracuję za granicą w swoim zawodzie. To mój agent mówił, że nie, że czekamy, bo tu jest tak, że jeśli wezmę te role, to się zgram w jeden sezon i potem nie będzie już żadnych propozycji. Nie ma już dziś takich agentów.
W kinie amerykańskim występowała Pani jako Margaret Sophie Stein. Skąd taki właśnie pseudonim?
Trudno to nawet nazwać w pełni pseudonimem. Małgorzata Zofia to moje imiona, a Stein – to nazwisko mojego ówczesnego męża. Nazwisko bardzo popularne we wszystkich właściwie krajach świata i we wszystkich językach brzmiące tak samo i łatwe do wymówienia.
W USA grała Pani duże, czasem nawet główne role, u utytułowanych reżyserów, u boku największych gwiazd kina. Dlaczego zatem pod koniec lat 90. wróciła Pani do Polski?
Mówiąc wprost – bo po moim pierwszym zachwycie, że ja, aktorka z Polski, pracuję w Hollywood z gwiazdami światowego kina i w ogóle „ach i och”, zaczęłam być zmęczona tym, jak często słyszę, że byłabym znakomita w jakiejś roli, tylko ten akcent… Aktorstwo to jednak zawód polegający na języku. Nie mogłam mieć nawet do nikogo pretensji, że nie chce mnie obsadzić w danej roli, bo jakaś postać po prostu nie może mówić taką angielszczyzną jak moja. Wyobraźmy sobie amerykańską aktorkę, nawet tak wybitną, jak Meryl Streep, która przyjeżdża na stałe do Polski i ma tu grać. Na początku będzie budziła entuzjazm, na pewno zagra kilka ról. Ale co potem? A ja i owszem – grałam Niemki, Polki, Dunki… Na Broadwayu zagrałam Szwedkę. Tylko ile jest takich ról do zagrania?
Zagrała Pani także Żydówkę?
W Ameryce właściwie nie – w jednym z moich filmów telewizyjnych zagrałam postać o nazwisku Krakosky, ale nie było dopowiedziane, że jest to Żydówka. Dopiero wiele lat po powrocie do Polski, w roku 2015, zagrałam w filmie Marcina Bortkiewicza „Noc Walpurgii”. Jest to wspaniały film, którego główną bohaterką jest wielka operowa diva, Nora Sedler, na której całym życiu zaważyło doświadczenie Holokaustu. Po występie pod drzwiami jej garderoby czeka na nią młody dziennikarz, Robert, którego grał Filip Tłokiński. I między tą dwójką toczy się pewna gra. Dopiero gdy ta gra doprowadzi do zbliżenia seksualnego między nimi, Nora odkrywa, że to jej syn, z którym rozdzieliła ją Zagłada. Ona zostaje z tą świadomością, on nigdy nie dowie się, że ta kobieta to jego matka. Jest to jeden z najważniejszych filmów w moim życiu. Jeśli ktoś z Państwa jeszcze go nie widział – serdecznie polecam! Kończąc jeszcze odpowiedź na pana poprzednie pytanie – na moje refleksje na temat tego, ilu ról nie mogę zagrać, nałożył się rozwód i fakt, że zostałam sama z dzieckiem. I postanowiłam wrócić do Polski.
Potwierdzam – „Noc Walpurgii” to świetny film, a Pani jest w nim zachwycająca! My tymczasem wróćmy jeszcze na chwilę do Hollywood. Bo wśród mistrzów kina, z którymi miała Pani okazję pracować, jest także postać dziś co najmniej kontrowersyjna – Woody Allen. Grała Pani w jego filmie „Strzały na Broadwayu” z 1994 roku.
Zdjęcia próbne do tego filmu (a także innego filmu Woody’ego Allena, który ostatecznie nie został nakręcony) miałam w momencie, gdy w jego biurze wisiały jeszcze zdjęcia Mii Farrow. A na planie był już ze swoją nową partnerką, czyli tą właśnie adoptowaną córką jego i Farrow. W tym czasie nie mówiono o tym właściwie nic, zwłaszcza, że Allen pracuje ciągle z tymi samymi osobami, tworzącymi wokół niego swego rodzaju „dwór”. Te wszystkie kontrowersje wokół moralnej strony zachowań Woody’ego Allena pojawiły się później.
A jakim był wtedy reżyserem?
Bardzo cichym i bardzo spokojnym. A zdjęcia próbne wyglądały tak: weszłam do sali, w której na niewielkim podwyższeniu stał mały stolik i paliła się mała lampka. Wokół było ciemno. Tekst czytała ze mną jakaś kobieta, niewidoczna w ciemności. W pewnym momencie Woody Allen przerwał i zapytał skąd jestem. Odpowiedziałam, że z Polski. A on na to: „Świetnie. Do zobaczenia”. I wyszedł. Na planie, przynajmniej tego filmu, w którym grałam, uwagi aktorom dawał nie sam i nie przez asystenta, tylko przez operatora lub – co ciekawe – przez fryzjera lub charakteryzatorów. Nie on mówił słowo „cut”, czyli „cięcie”, lecz zawsze operator. Po ostatnim ujęciu, gdy operator powiedział „cut”, zeszliśmy z planu i zobaczyliśmy tylne światła samochodu Woody’ego Allena. Już zdążył odjechać. Pamiętam też, że podczas kręcenia jednej ze scen, trwał ważny mecz koszykówki. Wszyscy siedzieli z głowami pod blatami, gdzie były telewizory z transmisją meczu, a Allen co chwila podchodził i pytał o wynik. Jakieś pół roku po zdjęciach zadzwonił agent i powiedział, że jest przekrętka jednej ze scen. Zapytałam dlaczego. Agent powiedział, że Allen chce, żebyśmy w tej scenie inaczej siedzieli. Podczas tej przekrętki Rob Reiner ze śmiechem powiedział do mnie: „Wiesz co lubię najbardziej w pracy z Woody’m Allenem? Ponowne spotkania!”. Dowiedziałam się wtedy, że Allen często przy stole montażowym podejmuje decyzję, że jakąś scenę trzeba nakręcić jeszcze raz. Dodam jeszcze, że w filmach Woody’ego Allena zarabiało się wtedy bardzo mało, honorarium wynosiło minimum związkowe plus 10% dla agenta i wszyscy – od gwiazd po każdego epizodystę – zarabiali u Allena tyle samo za dzień zdjęciowy. I największe nawet gwiazdy godziły się na te warunki.
Powiedziała Pani, że za rozpoczęciem Pani hollywoodzkiej kariery filmowej stoi Agnieszka Holland. Dla Pani to postać szczególna. W 1976 debiutowała Pani we współreżyserowanym przez nią filmie „Zdjęcia próbne”, potem spotykałyście się także na planie serialu „Ekipa” (2007) oraz filmu i serialu „Janosik. Prawdziwa historia” (2009). Tak jak Pani zrobiła hollywoodzką karierę jako aktorka – tak Agnieszka Holland jako reżyserka. Grały i grają u niej największe gwiazdy światowego kina. Na czym według Pani polega ta wyjątkowość Agnieszki Holland, która pozwoliła jej tak mocno zaistnieć?
Agnieszka jest bardzo silną osobowością, a do tego – zawsze jest sobą. W Hollywood zetknęłam się z największymi nazwiskami. To są ludzie, którzy – mówiąc wprost – mają wszystko. W drugim człowieku nie szukają zatem żadnego „biznesu”, nie dobierają sobie znajomych i współpracowników interesownie. Bo po co? Co jeszcze mogą zyskać, skoro wszystko mają? Ich interesuje wyłącznie to, czy ktoś ma coś ciekawego do powiedzenia jako człowiek i jako artysta. A Agnieszka ma. Niektórzy twierdzą, że Agnieszce w amerykańskiej karierze pomogło żydowskie pochodzenie. Bzdura! W Hollywood niemal każdy kto się liczy, ma żydowskie pochodzenie. To na nikim nie robi tam żadnego wrażenia. Poza tym Agnieszka ma bardzo ciekawe spojrzenie na świat, jest partnerką intelektualną w rozmowie z każdym, z kim podejmuje rozmowę i jest także – czy może raczej przede wszystkim – świetną reżyserką.
Wróćmy do Polski sprzed Pani wyjazdu na Zachód. W 1979 roku zagrała Pani w przedstawieniu Teatru Telewizji „Brzechwa – dzieciom” w reżyserii Macieja Wojtyszki. Czy udział w tym spektaklu był dla Pani spotkaniem z lekturami z dzieciństwa?
Oczywiście! Do tej pory uwielbiam Brzechwę, czytałam go mojemu synowi. Spektakl, który pan przypomniał, jest znakomity, a tytuł, który nadał mu Wojtyszko jest nieco przewrotny i ironiczny, bo Maciek zrobił to tak, że – nic temu przedstawieniu nie ujmując jako przedstawieniu dla dzieci – jednocześnie podbił te aspekty wierszy Brzechwy, które obnażają wady całkiem już dorosłych ludzi i pozwalają odczytywać jego poezję bardzo dwuznacznie, aluzyjnie. To wspaniałe przedstawienie!
Dwadzieścia jeden lat później, w roku 2000, tuż po powrocie do Polski, grała Pani u Janusza Morgensterna w filmie „Żółty szalik” z wybitną rolą Janusza Gajosa. Jak się Pani pracowało z wiekowym już wtedy mistrzem Morgensternem?
Fantastycznie! Kuba Morgenstern spotkał się ze mną i dał mi do wyboru rolę. Wybrałam rolę mniejszą – sekretarki Ewy, a nie żony głównego bohatera, którą zagrała Krystyna Janda. Kuba bardzo się tym zdziwił. Tymczasem ja bardzo często, jeśli mam wybór, biorę tę rolę, którą bardziej „czuję”, nawet jeśli jest mniejsza, czy pozornie mniej efektowna.
Z kolei w roku 2013 wystąpiła Pani w słuchowisku radiowym Piotra Müldnera-Nieckowskiego „Wracając po swoje” w reżyserii Janusza Zaorskiego, dotyczącego wydarzeń Marca ’68.
Była to fascynująca praca, bo grałam tam kilka postaci, zmieniając tembr głosu. Cóż można więcej powiedzieć o Marcu? To była katastrofa. Dla kultury, dla nauki, a przede wszystkim osobista katastrofa dla wielu ludzi, którzy nieraz nie mogli zabrać ze sobą nawet rodzinnych zdjęć.
A czy Panią albo Pani rodzinę dotknął osobiście Marzec ’68?
Wyjechali znajomi rodziców i dziadków, którzy mnie wychowywali. A chcę tu dodać, że dla dziadków coś takiego jak „kwestia żydowska” – nie istniało. Nie interesowała ich po prostu taka rzecz jak pochodzenie, ważny był tylko człowiek. Ale ja byłam wtedy dzieciakiem, co mnie to mogło wtedy interesować? Chociaż… Wie pan co, aż trudno uwierzyć, ale dopiero teraz, dosłownie w tej chwili, w rozmowie z panem coś sobie uświadomiłam, choć przecież pamiętam tę historię, tylko nigdy – co mnie aż dziwi – nie łączyłam jej z tym, że coś osobiście przez Marzec ’68 straciłam. Moja pierwsza, dziecięca, platoniczna miłość. Kolega z podstawówki, z bardzo dobrej, muzycznej rodziny. Zakochałam się w nim, on we mnie chyba też. Umawiał się ze mną na spacery. Spacerowaliśmy sobie razem w niedziele, a dziadkowie dyskretnie szli za nami – udając, że idą w inną stronę. Którejś niedzieli Tomek – bo tak miał na imię, a do tego bardzo polskie nazwisko – powiedział do mnie: „To jest nasze ostatnie spotkanie”. Zapytałam dlaczego. Tomek powiedział, że jutro wyjeżdża i już go tutaj nie będzie. Nie powiedział, że wyjeżdża za granicę. Serce mi pękało. Myślałam, że może wyjeżdża do innego miasta. A Tomek był Żydem i wyjechał, jak się okazało, do Szwajcarii. I do dziś nie wiem, co się z nim potem stało.
[…]
Fragment wywiadu autorstwa Rafała Dajbora pochodzi z lipcowego wydania SŁOWA ŻYDOWSKIEGO (07/26).



