Skip to main content

Yuri Vedenyapin

W ostatnią niedzielę listopada trafiłem na Lubelską Giełdę Staroci, comiesięczny raj dla poszukiwaczy skarbów – takich, którym nie przeszkadza przedzieranie się przez góry najróżniejszego rupiecia. Cały plac Zamkowy – na terenie dawnej żydowskiej dzielnicy, zrównanej przez Niemców z ziemią – wypełnia się wtedy straganami i stertami przedmiotów rozłożonych wprost na bruku. Krążyłem między alejkami, aż zaczęło mi się kręcić w głowie od nadmiaru kolczyków, maszyn do pisania, zardzewiałych mieczy, nazistowskich hełmów i porcelanowych bibelotów.

Tu i ówdzie trafiały się przedmioty żydowskie: jakaś menora czy talerz sederowy. Nagle zauważyłem stary metalowy bączek i od razu rozpoznałem, że to chanukowy drejdel, choć hebrajskie litery na jego bokach starły się niemal do niewidoczności. Urzekły mnie jego kształt, przyjemny ciężar i aura autentyczności. Zapłaciłem, wsunąłem drejdel do kieszeni i ruszyłem do domu, przekonany, że niczego lepszego tego dnia już nie znajdę.

Jakiż to szczęśliwy traf – myślałem – drejdel znaleziony zaledwie miesiąc przed Chanuką! Aż się prosi, by przerobić tę sytuację na opowiadanie. Gdyby teraz był 1931 rok… Wiele lat temu, przeglądając przedwojenną wileńską gazetę w języku jidysz, natrafiłem na wzmiankę o literackim konkursie na najlepszą chanukową historyjkę o drejdlu. Podczas Chanuki 1931 roku opublikowano w jego ramach kilkadziesiąt takich opowieści, w większości autorstwa pisarzy dziś już zupełnie zapomnianych. Gdybym żył w tamtych czasach, może i ja mógłbym coś wysłać na konkurs. Z drugiej strony – gdybym żył wtedy, nie znalazłbym dziś drejdla na Lubelskiej Giełdzie Staroci. Uwięziony w tym nierozwiązywalnym paradoksie, zamiast pisać nowe opowiadanie, sięgnąłem ponownie do opowiadań z 1931 roku.

Ciekawe, jak wielu autorów widziało w skromnym bączku niemal idealną metaforę żydowskiego losu: narodu, którym świat kręci, jak chce, i który sam kręci się po całym świecie, wykręcając jakimś cudem swoje przetrwanie. W jednym z tekstów sugerowano nawet, że „Mesjasz przyjedzie nie na ośle, lecz na drejdlu” (w jidysz te dwa słowa się rymują). Niektórym autorom chodziło bardziej o dosłowny drejdel. Poruszyło mnie odwołanie do Szymenesre („Osiemnastu Błogosławieństw” – modlitwy odmawianej po cichu, na stojąco): „Serce rosło mi w piersi, gdy widziałem, jak mój drejdel, napięty jak struna, stoi podczas Szymenesre, a potem zaczyna się chwiać jak pijany, aż w końcu pada bez przytomności”. Inny wzdychał z nostalgią za „dawnymi czasami” – zanim elektryczność odebrała trochę magii chanukowym świecom, sklepowe latkes wyparły te domowe i pojawił się „nowy tani drejdel, który handlarz kalendarzy wciska za dwadzieścia groszy – maszynowa rzecz bez duszy, błyszcząca jak porcelanowa lalka”. „Ciekaw jestem” – dodawał – „kto właściwie takie drejdle kupuje i kto nimi gra…”.
Przeglądając te teksty, utwierdziłem się w przekonaniu, że moim ulubionym pozostaje historia autorstwa „J”, łącząca w sobie bajkowość Andersena, przypowieściowość Pereca i figlarność I.B. Singera. Jest zbyt długa, by przytoczyć ją w całości, dlatego podaję jej skróconą wersję.

Był sobie kiedyś cynowy drejdel. Kilka tygodni przed Chanuką
na półce, na której leżał, pojawiło się pudełko świec. Dla innych
wszystkie świece wyglądały jednakowo, ale drejdel od razu dostrzegł
tę jedną – nieco cieńszą – i zakochał się bez reszty. Świeczka
ta miała na imię Szoszana albo po prostu Szosza. Nocami, gdy
wszyscy domownicy spali, zakochany drejdel wyznawał jej swoją
wielką miłość. Jak każdy drejdel, miał na swoich bokach pierwsze
litery od słów »nes godol hojo szom« („wielki cud zdarzył się
tam”), jednak twierdził z zapałem, że w jego przypadku te litery
znaczą »nejr gaaguaj hu Szojszano« – „płomień mojego tęsknienia
to Szoszana”.
Nadeszła Chanuka i świece zaczęły znikać: każdego dnia o jedną
więcej. Szosza dobrze wiedziała, co to oznacza – któregoś z ośmiu

wieczorów miała poświęcić swoje życie na pamiątkę cudu oliwy
z czasów Machabeuszy. Ale zakochany drejdel postanowił ją ocalić,
korzystając ze swojej głównej umiejętności – kręcenia się.
Wieczorami, gdy dzieci grały w drejdla, zaczął dbać o to, by zawsze
upadać w tej samej kolejności: nun, gimel, hej, szin. Trzymał
się jej tak konsekwentnie, że dzieci w końcu to zauważyły i zaczęły
narzekać – bo jaki sens ma gra w drejdla, skoro z góry wiadomo,
na którą stronę bączek upadnie? Mała Hanka twierdziła, że drejdel
jest zepsuty, a jej starszy brat Szaje sugerował, że to sprawka
dybuka. Ojciec natomiast ogłosił z radością, że to nowy cud chanukowy
i pobiegł z drejdlem do chasydzkiego cadyka.
Cadyk długo wpatrywał się w drejdel, szeptając coś po hebrajsku,
po czym wprawił go w ruch. I oto drejdel kręci się i kręci, kreśląc
w powietrzu tajemnicze znaki, które – jak mówiono później – opowiadały
całą jego historię. Po kilku minutach drejdel zaczął powoli
blednąć, aż wreszcie rozpłynął się w powietrzu. W tej samej
chwili z pudełka na półce zniknęła również jego ukochana świeczka.
Oboje trafili do jakiegoś innego, cudownego świata, w którym
drejdel wciąż wiruje, trzymając w ramionach swą Szoszę i pozostaną
tam aż do nadejścia Mesjasza.

 

[…]

Fragment powyższego felietonu aut. Yurija Vedenyapina pochodzi ze styczniowego wydania SŁOWA ŻYDOWSKIEGO (01/26).