Kino science fiction w PRL-u, tak jak we wszystkich krajach socjalistycznych, nie mogło liczyć na możliwości, którymi dysponowała kinematografia krajów zachodnich. W tej sytuacji filmowcy, którzy chcieli jednak podjąć w swoim kinie temat „kosmiczny”, mieli dwie możliwości.
Rafał Dajbor
Pierwsza z nich to próbować, mimo niewielkich możliwości technicznych, tworzyć filmy widowiskowe, przypominające niejako kino science fiction z Zachodu, przede wszystkim amerykańskie. Druga zaś – to realizować filozoficzne s-f w konwencji dystopii, pokazując świat przyszłości, a nawet inne planety, jako zniszczony i zdegenerowany świat teraźniejszości. Tą pierwszą drogą poszedł Marek Piestrak. Tą drugą – Piotr Szulkin.
Urodzony w 1938 roku Marek Piestrak podczas studiów w łódzkiej szkole filmowej miał okazję odbyć praktykę w USA, na planie horroru Romana Polańskiego „Dziecko Rosemary” (1968). Po powrocie do Polski przeszedł typową drogę ówczesnych absolwentów studiów reżyserskich, czyli „terminowanie” w charakterze II reżysera, a następnie realizację filmów telewizyjnych i dokumentalnych. W 1979 roku debiutował na dużym ekranie jako samodzielny reżyser. Debiutował ambitnie – sięgnął bowiem po twórczość Stanisława Lema, a konkretnie po opowiadanie „Rozprawa”, które przeniósł na ekran pod tytułem „Test pilota Pirxa”.
Przypomnijmy tu pokrótce postać zmarłego przed dwudziestu laty autora literackiego pierwowzoru. Stanisław Lem urodził się 12 września 1921 roku we Lwowie. Był synem lekarza Samuela Lehma, laryngologa, sekretarza Polskiego Towarzystwa Otolaryngologicznego oraz członka Towarzystwa Rygoryzantów – pierwszej polskiej żydowskiej samopomocowej organizacji studenckiej. Gdy w 1941 roku Niemcy zajęli Lwów, rodzinie Lehmów udało się zdobyć fałszywe dokumenty i do końca wojny przyszły pisarz pracował jako spawacz pod nazwiskiem Jan Donabidowicz. W 1945 roku osiadł w Krakowie i kontynuował rozpoczętą na Uniwersytecie Lwowskim naukę zawodu lekarza jako student wydziału medycyny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Swoją pierwszą literacką próbę opublikował już w 1946 roku. Była to nowela „Człowiek z Marsa” wydrukowana w czasopiśmie „Nowy Świat Przygód”. W przeciwieństwie do wielu rodziców przerażonych faktem, że ich dzieci wybierają artystyczną przyszłość, Samuel Lehm, który w młodości publikował wiersze, choć sam przecież był lekarzem, ze spokojem przyjął fakt, że jego syn z pełną premedytacją nie przystępuje do ostatniego egzaminu (z ginekologii i położnictwa) i widzi swoje życie zupełnie inaczej. Z takim ojcowskim błogosławieństwem Stanisław Lem na dobre rozstał się z medycyną i poświęcił całkowicie literaturze, w której jednak nie brakowało także wątków medycznych, w tym i tych związanych z przeżyciami z okresu Holokaustu, czego szczególnym przykładem jest „Szpital przemienienia” (zekranizowany przez Edwarda Żebrowskiego w 1978 roku).
Gdy po twórczość Lema sięgał Marek Piestrak, pisarz cieszył się już zasłużoną sławą (kilkakrotnie wymieniano go nawet jako kandydata do literackiej Nagrody Nobla). „Test pilota Pirxa” realizowany był z niemałym rozmachem – był bowiem koprodukcją polsko-radziecką kręconą po części w Paryżu, a jakby tego było mało – we współpracy z amerykańską linią lotniczą Pan-American. Fabuła skupiała się wokół tytułowego bohatera (w tej roli radziecki aktor Sergiej Desnitski), który zostaje zwerbowany do odbycia lotu kosmicznego w towarzystwie załogi złożonej z ludzi i humanoidalnych robotów, zwanych „nieliniowcami skończonymi”, rzekomo doskonałych i mogących zastąpić człowieka w dziedzinie lotów w kosmos. Pirx ma nie wiedzieć kto jest kim, celem eksperymentu jest bowiem ostateczne sprawdzenie, czy humanoidy są rzeczywiście nie do odróżnienia od ludzi. Załogę tworzą: elektronik Jan Otis (Bolesław Abart), drugi pilot Harry Brown (Władimir Iwaszow), neurolog i cybernetyk Tom Nowak (Aleksandr Kajdanowski) oraz pilot John Calder (Zbigniew Lesień). Robotem okaże się ten ostatni, zaprogramowany przez swojego żądnego zysku producenta tak, by skrycie wywołać śmiertelny dla ludzi wypadek i bezpiecznie sprowadzić statek kosmiczny na Ziemię, udowadniając tym samym swoją wyższość nad człowiekiem. Jednak poniesie klęskę, gdy w jego programie zabrakło jednego elementu – ludzkich emocji, które sprawiają, że Pirx w pewnym momencie waha się z wydaniem rozkazu, co powoduje zamieszanie w oprogramowaniu robota i jego zdemaskowanie się, a tym samym umożliwia jego unieszkodliwienie. Zaś Pirx, początkowo oskarżony o zniszczenie wartego krocie humanoida, zostaje ostatecznie uniewinniony.
Jak widać film Piestraka wydaje się być dziś wyjątkowo aktualny. Opisana fabuła do złudzenia przypomina bowiem współczesne rozterki dotyczące AI, czyli sztucznej inteligencji. Co prawda Lem, a za nim – Piestrak umiejscowili akcję w kosmosie, zaś przedstawiciel sztucznej inteligencji był humanoidalnym robotem, my zaś wiemy już, że sztuczna inteligencja wcale nie musi znajdować zastosowania jedynie w przestrzeni kosmicznej, a żeby się z nią zetknąć nie jest potrzebny humanoid – wystarczy smartfon, tablet czy komputer. Nie zmienia to jednak faktu, że „Test pilota Pirxa” podejmuje tematy, które pod koniec lat 70. XX wieku wydawały się jeszcze wyłącznie fantastyką, a dziś stają się codziennością. Lem ostrzegał przed niebezpieczeństwem, w tym przypadku dosłownym, polegającym na zagładzie statku kosmicznego i śmierci ludzi. Tymczasem sztuczna inteligencja może nam także zagrażać zupełnie inaczej – na przykład poprzez rozsiewanie hejtu czy dezinformacji. Te szczegółowe różnice nie zmieniają jednak faktu, że przestrogi Lema i Piestraka okazują się dziś być wyjątkowo trafne.
Inna rzecz to użyte w filmie efekty specjalne, które niestety bezwzględnie pokazały różnice technologiczne między kinematografiami zachodnimi a socjalistycznymi. Przypomnijmy, że schyłek lat 70. ubiegłego wieku był czasem, w którym Amerykanie pokazali światu „Gwiezdne wojny”, a Brytyjczycy wysłali w kosmos swojego agenta 007, czyli Jamesa Bonda (w filmie „Moonraker”, w roli Bonda – Roger Moore). Tymczasem „Test pilota Pirxa” istotnie, przypomina kino amerykańskie. Tyle, że to niskobudżetowe, z lat 50., będące dziś żelaznym repertuarem wszelkiego rodzaju przeglądów najgorszych filmów świata… A mimo to film Piestraka zdobył główną nagrodę – Złoty Asteroid na prestiżowym dla kina s-f Międzynarodowym Festiwalu Filmów Fantastycznych w Trieście. Siła filozofii Lema pokonała w oczach jury słabości efektów specjalnych, choć dziś, paradoksalnie, często można się spotkać z opinią, iż film spłyca prozę pisarza, bo zbyt skupia się na widowiskowości.
W tym samym 1979 roku, gdy na ekrany kin wchodził „Test pilota Pirxa”, swoją premierę miał pełnometrażowy debiut młodego wówczas i – po kilku telewizyjnych filmach fabularnych – uznawanego za jednego z najciekawszych przedstawicieli młodego pokolenia filmowców, Piotra Szulkina (1950–2018). Tyle tylko, iż „Golem” – bo taki tytuł nosił ów debiut, pokazywany był jedynie w kinach studyjnych i w Dyskusyjnych Klubach Filmowych. „Golem” nie był wolny od debiutanckich wad, jednak udowadniał, że w polskim kinie pojawił się ktoś zupełnie odrębny, zainteresowany filozoficznym science fiction w dystopijnym tonie i okazał się być pierwszym filmem ekranowej tetralogii, w skład której weszły następnie: „Wojna światów – następne stulecie” (1981, pozornie opowiadający o najeździe Marsjan na Ziemię, w rzeczywistości zaś – o manipulacji medialnej), „O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji” (1984 – akcję tego filmu Szulkin umieścił w wielkim schronie, w którym kryją się niedobitki ludzkości pozostałe po wojnie nuklearnej) oraz „Ga-ga. Chwała bohaterom” z roku 1985.
[…]
Fragment artykułu autorstwa Rafała Dajbora pochodzi z sierpniowego wydania SŁOWA ŻYDOWSKIEGO (08/26).




